Site icon ZIELONE POGOTOWIE BLOG

Paź królowej też był kiedyś gąsienicą

Talentów nie wolno marnować. Właśnie dlatego daliśmy Marysi Maj-Klepackiej wsparcie, by wydała swoje piękne, mądre i czułe książki pt. „Mali Mieszkańcy Ogrodu” i dlatego za chwilę przeczytasz ten wywiad. Przeczytasz go, bo w słowach Marysi zawarta jest mądrość i prawda, której wszyscy potrzebujemy.

Maria Maj-Klepacka i jej książka. Idealny prezent dla każdego dziecka – niezależnie od wieku

Boisz się pająków?

No coś Ty, pająki są super! Wszystkie moje domowe pająki – głównie nasoszniki – mają swoje imiona. Pamiętaj, że nasze domy i mieszkania to też jest ekosystem. Jeśli masz pająki, to znaczy, że masz też u siebie JEDZENIE dla pająków… a co to dokładnie oznacza, pozostawiam Twojej wyobraźni…

Czego się boisz?

Pytasz o owady? Na pewno jestem ostrożna w bliskości os ze względu na alergię. Ale i tak mnie rozczulają. Kiedyś pieliłam maliny, aż nagle zauważyłam osę. Targała w swoich łapkach gigantyczną gąsienicę. Ledwo leciała. Ale gdy wylądowała obok mnie, zwinęła sobie tą gąsienicę w kulkę i, taka bardziej aerodynamiczna, dziarsko odfrunęła dalej. Strasznie się wtedy uśmiałam.

Książka Marii Maj-Klepackiej jest pełna realistycznych zdjęć. To jej niebagatelna zaleta i wyjątkowość. Daj swojemu dziecku, wnuczkowi, bratankowi i siostrzenicy najlepszą książkę dla dzieci!

Przejdź do drugiej części książki „Mali Mieszkańcy Ogrodu. Niespodzianki i Odkrycia”: Kliknij tutaj.

Skąd u Ciebie zamiłowanie do przyrody, ogrodu, owadów? Kiedy to się zaczęło? Czy ktoś Cię tym zaraził?

Myślę, że każde dziecko, ze swojej natury, kocha przyrodę. Wystarczy tej miłości w nim nie zabijać. Mój ojciec zdecydowanie ją we mnie wzmacniał, a mama starała się być wyrozumiała, gdy w moim pokoju pojawiał się kolejny okaz hodowlany. Zwierzaki notorycznie zjadały mi całe kieszonkowe. Ranna sierpówka, żaba, żółw, patyczaki, całe stado różnych gryzoni – mnóstwo tego było.  Natomiast za roślinami – uwierz lub nie – nigdy nadmiernie nie przepadałam, w porównaniu do zwierząt wydawały mi się mało ciekawe. Owszem, jako dzieci jeździliśmy na wakacje do Babci Gieni, która miała – i nadal ma – dom z ogrodem, ale ten ogród ciekawił mnie tylko jako miejsce wykopywania skarbów albo łażenia po drzewach. Teraz myślę, że patrzałabym na ogród zupełnie inaczej, gdyby ktoś mi pokazał, ile w nim żyje zwierząt, tych maleńkich, których łatwo można nie zauważyć… Same rośliny niezbyt mnie interesowały. Dopiero własny ogród to zmienił, i to nie od razu. Gdy żaliłam się przyjaciółce, że „nie ogarniam” – bo i było co ogarniać – ona opowiedziała mi o Zielonym Pogotowiu. I tak zaczęła się ta wielka zmiana i przygoda, która trwa do dziś.

Jak bardzo denerwują Cię pytania o sposoby na pozbycie się mrówek?

Nie denerwują mnie wcale, bo z wnętrza domu też się ich pozbywam – bardzo pomagają mi w tym właśnie moje nasoszniki, które zawsze pierwsze są na miejscu „włamu” i obżerają się mrówkami tak, że ledwie później trzymają się na tych swoich chudych nogach. Natomiast jeśli chodzi o mrówki w ogrodzie, to myślę, że te pytania wynikają po prostu z niewiedzy. Mrówki naprawdę nie zjadają korzeni. Fakt, potrafią uprzykrzać życie przy pieleniu (ja mam u siebie chyba wszystkie 4 podrodziny mrówkowatych), nie ułatwiają też sprawy w przypadku ręcznego usuwania mszyc, ale to są przecież jedni z naszych największych sprzymierzeńców. Siedziałam kiedyś na tarasie i obserwowałam, jak pszczoła, lecąc w bardzo dziwny sposób, ląduje nieopodal mnie i po prostu umiera. Mrówki pojawiły się praktycznie od razu i sprzątnęły ją w dosłownie 10 minut. Myślę, że nawet te miłujące nieskazitelny porządek osoby nie zdają sobie sprawy, ile roboty odwalają za nas mrówki.

Uważasz, że ludzie przesadzają chcąc wyeliminować wszystko, co ma więcej niż dwie nogi?

To, co ma MNIEJ niż 2 nogi też niektórzy ludzie najchętniej by wyeliminowali… Problem jest złożony i dotyczy naszej ingerencji w świat przyrody i tego, jak bardzo od niej jesteśmy oderwani. Ja już nigdy nie użyję chemii antyowadziej, choć w pierwszym roku w ogrodzie to robiłam – z niewiedzy. Do dziś jest mi przykro, gdy przypomnę sobie, jak środkiem – niby systemicznym – wymordowałam swoje biedronki na różach.

Czyli pozwalasz, aby żyjątka same się ze sobą rozprawiały?

Mieszkam w miejscu wyjątkowym. Mój ogród jest częścią ogromnego ekosystemu, w którym są też różne drapieżniki. Cokolwiek na mnie spadnie, mój ogród w końcu sobie z tym poradzi. W zeszłym roku po raz pierwszy miałam szkody po opuchlakach na moich rododendronach, ale nagle te szkody przestały się pogłębiać, a opuchlaki zniknęły. Coś je zjadło – najpewniej pająki do spółki z jaszczurkami. Tak działa magia zdrowego ekosystemu.

Staram się w ekosystem ingerować jak najmniej. Nawet kosztem jego „porządnego wyglądu”. Zostawiam chwasty i trawy, którymi lubią pożywiać się ślimaki i młode prostoskrzydłe, żeby z głodu nie weszły mi na rośliny ozdobne. Zostawiam dużą połać ogrodu szczelnie pokrytą bluszczem, bo to tam lubią chować się żaby, padalce, jaszczurki. I to naprawdę działa.

Chciałabyś, aby inni postępowali podobnie?

Nie każdy ogród ma luksus bycia częścią takiego ekosystemu. Nieraz sami go niszczymy – nie zostawiając dzikich miejsc w ogrodzie, wprowadzając monokultury – choćby monokulturowy trawnik, który jest tworem całkowicie sztucznym, i który zawsze będzie wymagał wielu zabiegów – czy robiąc opryski. Sami tworzymy miejsce nieprzyjazne życiu i w związku z tym bardzo wrażliwe. W takim miejscu „szkodnik” (który przeważnie jest stworzonkiem szybko rozmnażającym się i w miarę odpornym) czuje się jak w raju, może bezkarnie hulać, bo wybiliśmy wszystko, łącznie z żywiącymi się nim drapieżnikami. Robi się błędne koło.

Ale są też sytuacje takie, w których człowiek gospodaruje miejscem prawie odciętym od większego ekosystemu, np. tarasem na 10 piętrze bloku. Tam także szkodnik będzie czuł się jak w raju – pojawi się jako pierwszy i dokona poważnych zniszczeń, zanim doczekamy się drapieżnika. Trudno się dziwić, że ktoś nie może patrzeć, jak opuchlaki zżerają mu wszystko żywcem. Są więc różne sytuacje. Cieszy mnie jednak, że w odpowiedzi na rosnącą świadomość ludzi w ślad za tym idą działania firm, które dostarczają coraz większej ilości środków ekologicznych.

Trudno się oderwać od tej książki. Tadek czytał „Małych Mieszkańców Ogrodu” wszędzie

Co dzięki swojej książce, ale też dzięki swoim postom na Zielonych Inspiracjach chciałabyś zmienić? Czujesz, że masz misję?

Misja to za dużo powiedziane. Raczej jestem po prostu w uprzywilejowanej pozycji, mając obecnie czas i środki wyrazu by pokazywać ludziom to, co łatwo można przeoczyć, a czasami nawet nie widać gołym okiem. Bardzo mocno wierzę w edukację. Każdy kocha motylki, prawda? A już mało kto pamięta o tym, że każdy motylek był kiedyś gąsienicą. A tymczasem gąsienice, które wybiliśmy, bo zjadały nasz koper, to mógł być przyszły motyl – paź królowej… Nie wierzę, że ktokolwiek, wiedząc o tym, uzna, że koper, który może sobie nawet ostatecznie kupić po dwa złote za pęczek na rynku, jest wart zabijania tego niesamowitego motyla. Jeśli miałabym jakiś cel, byłoby to dostarczenie ludziom informacji, żeby byli w stanie dokonywać wyborów odpowiedzialnie.

Książkę, o której mowa znajdziesz w naszym sklepie: Mali Mieszkańcy Ogrodu

Jesteś też znaną obrończynią kretów…

Dla mnie zabicie kreta – czującego stworzenia, ssaka o rozwiniętym układzie nerwowym – tylko dlatego, że psuje mi trawnik, jest nie do pomyślenia. Ale jeśli kogoś nie przekonuje sam urok tego stworzonka i jego śliczne, eleganckie futerko, to może przekona go informacja, że kret wyłapuje mu spod tego trawnika pędraki. Kilka kopców to bardzo niska cena. Wierzę, że człowiek, który ma wiedzę, sam z siebie postąpi odpowiedzialnie. Ale ową wiedzę skądś trzeba wziąć. Moja Babcia dopiero po 90 latach życia i ode mnie dowiedziała się, że kret nie jada korzeni – a to jest bardzo mądra osoba… Korzystam więc z tego, że grupowicze Zielonych Inspiracji są na tyle mili, że mają chęć czytać moje posty – może czasami ktoś czegoś się dowie, a ta wiedza się mu przyda.

To dlatego napisałaś książkę dla dzieci? Bo czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci?

Chciałabym zaprosić do mojego ogrodu każde chętne dziecko. Uwielbiam ten moment, kiedy dzieci naszych znajomych wędrują ze mną po ogrodzie, ja pokazuję im różne żyjątka, a oczy dzieciaków robią się wielkie jak spodki. Nie wiem, czy wiesz, ale ten moment, kiedy małe dziecko się zachwyca, robi takie „oooo…”, to chwila, w której w jego mózgu wydziela się mnóstwo substancji ułatwiających uczenie się i zapamiętywanie. Młody mózg bardzo dobrze „trawi” wiedzę podaną w taki sposób. Dzieciaki tak dobrze zapamiętują te wycieczki, że odwiedzając nas po raz kolejny – choćby i po roku – od razu biegną sprawdzać, czy np. pająk krzyżak nadal pilnuje moich pomidorów. Ja się cieszę, bo wysoko punktuję na skali cioć, będąc „ciocią z motylkami” i „ciocią od pająka Kuma”. Ale myślę sobie też wtedy, że z takich dzieci wyrosną dorośli czujący i myślący o kimś więcej niż tylko o sobie. A nasza planeta bardzo tego potrzebuje…

Co te małe stworzenia myślałyby o ludziach, gdyby umiały myśleć? Jak mogą nas postrzegać?

Boję się myśleć…


Z Marią Maj-Klepacką rozmawiała Kamila Wójcik

Zdjęcia i grafika: Maria Maj-Klepacka

Exit mobile version